Trochę szok

Całkiem niedawno zgłosiła się do mnie pacjentka, tzw. rodzina rodziny z prośbą o pomoc w odnalezieniu się w chaosie informacji i wsparciu moją historią radzenia sobie z codziennością osoby chorej na IO, niedoczynność i Hashimoto.

Często zdarza mi się o tym opowiadać – z nadzieją, że może komuś to choć trochę ułatwi i tak już nie łatwą drogę, więc i tym razem postanowiłam opowiedzieć swoją historię. Choć wcale nie zakładam (wprost przeciwnie) że jest na to tylko jeden, mój, uniwersalny sposób.

Postanowiłam opisać tutaj akurat tą historię ponieważ po pierwsze stała się dla mnie ogromną nauczką ale też dała mi do myślenia.

Zaczęłam tak:

„W ostatnim roku, zmieniło się bardzo dużo. I chyba mogę już mówić, że znalazłam swój sposób na radzenie sobie z moimi obciążeniami.

Mój sposób nie jest unikatowy, opracowany tylko przeze mnie dla mnie – ale tak naprawdę w mojej opinii jest jedynym który mi pomógł.

Będąc 9 miesięcy po porodzie, czułam się fatalnie – na tyle źle że nawet wymówki o przemęczeniu i niedospaniu wydawały się nie na miejscu.

Przeszłam kolejny przegląd generalny według wytycznych mojej Pani Endokrynolog – a wyniki były złe – czym nie byłam zaskoczona ani trochę.

Postanowiłam w tych nowych dla mnie okolicznościach, zacząć od nowa – tak naprawdę walkę o siebie. Oczywiście zastosowałam się do wszystkich zaleceń Pani Endokrynolog (a mam to szczęście że znalazłam Lekarza któremu ufam, który jest bardzo kompetentny ale przy tym również empatyczny) – wróciłam do leków – i nie ma co ukrywać one również miały wpływ na poprawę. Ale…

Wówczas z moją Lekarką współpracowała pani Dietetyk Kliniczny, która razem z nią i na podstawie wyników badań opracowała dla mnie dietę – którą sumiennie (naprawdę rzetelnie) pilnowałam.

Zapisałam się na treningi personalne – wybrałam akurat taką formę bo w tamtej chwili wiedziałam że to będzie jedyna forma wysiłku która mnie w pełni zmobilizuje – tzn. jestem umówiona na godzinę z człowiekiem który specjalnie dla mnie rezerwuje czas więc trochę mi głupio i wstyd odwoływać. Udało mi się też trafić na naprawdę kompetentnego Trenera, który szybko mnie rozgryzł i na tyle zaciekawił a czasem jak to się mówi „wjechał na ambicję” że zaczęłam to traktować jako wyzywanie ale również najważniejszą dla mnie w tej chwili odskocznię.

To wszystko sprawiło, że pomału (pewnie, że wtedy wydawało mi się że w ślimaczym tempie) zaczęłam iść w dobrym kierunku. I tak po roku ( w maju była rocznica!) zrzuciłam 15 kg, poprawiłam wszystkie wyniki badań i chyba pierwszy raz od naprawdę dawna mogę powiedzieć że czuję się świetnie.

Wiem, że wszystkie te czynniki są na równo ważne. Przed ciążą przez pół roku stosowałam metforminę – nie zmieniłam w życiu nic więcej – i nie schudłam ani pół kilograma, wyniki poprawiły się ale niezadawalająco.

Stąd też mając takie porównanie wiem że wszystko tzn. właściwe leczenie – dieta – aktywność fizyczna są tak samo ważne i żadnego z nich nie da się wykluczyć.”

Potem było kilka bardziej osobistych informacji – i czekanie na informację zwrotną.

I tu przeżyłam szok. Ponieważ owa Dziewczyna stwierdziła, że skoro jestem Farmaceutą – powinnam powiedzieć jej co ma zażyć żeby było lepiej i żeby schudła. I się obraziła. Ba dum tsss.

Otóż no właśnie nie powiem tak nigdy.

Jestem Farmaceutą – mam wiedzę na temat leków, ich interakcji, działań niepożądanych, sposobu stosowania. Tym bardziej wiem, że nigdy nie będzie tak że one zrobią za nas wszystko. W przypadku tych chorób wszystko jest ważne – a nawet równoważne. Dieta, ruch i farmakoterapia.

Poza oczywiście (w sumie teraz już wiem że nie tak oczywistą) informacją, że leki musi dobrać Lekarz na podstawie badań.

Nie powiem też nigdy, że jest łatwo, miło i przyjemnie. Nie raz i nie dwa zaczynałam od nowa. Ale nie mam wyboru. Musze się odnieść do tego co jest tu i teraz. I próbować to robić najlepiej jak umiem, na 100% własnych możliwości.

O tym mogę opowiedzieć nie raz, nie dwa i nie sto. Z dwóch powodów: dlatego że głęboko wierzę w to, że jeśli może to komuś pomóc to jest to mój osobisty obowiązek, ale też dlatego, że dopiero wtedy uświadamiam sobie, że raz lepiej, raz gorzej ale daje radę – a już na pewno daję z siebie wszystko, żeby tak było. I to w sobie naprawdę lubię.

Tak więc, piszcie śmiało. Podzielę się swoimi doświadczeniami. Z tym, że nigdy nie powiem, że leki zrobią za Was wszystko.

P.S. A Wy co w sobie lubicie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *